Uroda

Opublikowano 1 stycznia 1996

0

Uroda (01/1996)

Dotyk Edyty Górniak

Można dotknąć drugiego człowieka przyjaźnie, czule, z miłością, można „zakląć go w dotyk”. Ale można dotknąć go boleśnie, zranić czy wręcz zabić dotykiem. I tak jak miłość niejedno ma imię, tak dotyk różnych uczuć jest wyrazem…

Kiedy rozmawiałyśmy ponad rok temu, za panią były występy w musicalu „Metro” i sukces na Festiwalu Eurowizji, przed – praca nad nagrywaniem płyty w Londynie. Wygląda na to, że na dłużej osiądzie pani nad Tamizą.

Takie były moje plany przed występem w Dublinie, przecież dlatego, między innymi, odeszłam z teatru, by wyjechać do Anglii i spróbować swoich sił na tamtym rynku. Jednak po sukcesie w konkursie Eurowizji, który zresztą zawdzięczam nie tylko sobie, okazało się, że w Polsce ludzie lubią i cenią to, co robię, więc byłoby niewdzięcznością porzucić moją pierwszą publiczność. Odbywałam długie rozmowy na ten temat z moim londyńskim menadżerem, który usiłował mnie przekonać, bym zdecydowała się doskonalić moje umiejętności tam, gdzie znajdę ku temu lepsze warunki.

Jak widać, nie udało się pani przekonać, choć zapewne to on miał rację.

No cóż… Czas to pokaże. Ale prawdą jest, że jeszcze do niedawna wszystkie moje plany podporządkowywałam temu, co działo się w Anglii. Teraz jest odwrotnie. Do Anglii wyjeżdżam tylko wówczas, gdy nie mam koncertów w Polsce.

Czy nie traci pani w ten sposób życiowej, być może, szansy?

Czuję pewnego rodzaju wewnętrzne rozdarcie. Wielu fachowców z tzw. branży, mających duże doświadczenie i umiejętności w kreowaniu gwiazd, wyrażało opinię, że jednak powinnam zdecydować się na Londyn. Ja sama nie potrafiłabym stanąć do konkurencji z wielkimi, światowymi gwiazdami, mimo że moi londyńscy producenci utrzymują, że mam wszelkie szanse, aby zaistnieć także na tamtym rynku.

A czy jest pani na tyle odporna, by unieść ciężar bycia gwiazdą?

Czasami wydaje mi się, że nie, ale wiara i chęć zrealizowania marzeń pomagają mi przetrwać te najtrudniejsze chwile. Zauważyłam, że choć publiczność szanuje i kocha jakiegoś artystę, to uczucia te mogą być w każdej chwili wymazane, niczym gumką. Wystarczy najmniejsze potknięcie czy negatywny, nieprawdziwy artykuł w prasie. Ludzie na ogół nie odczuwają potrzeby szukania prawdy, nie mają własnego zdania – opierają się na tym, czego dostarczają im media. Nieraz myślałam, żeby wycofać się z tego wszystkiego, bo nie chcę do końca życia odpowiadać na pytania w rodzaju „Czy to prawda, że pani jest kapryśna?”.

Wycofać się ze śpiewania czy z kontaktów z prasą?

Ze śpiewania nie wycofam się nigdy.

Więc trzeba nauczyć się tym nie przejmować.

Gdybym przestała się przejmować, oznaczałoby to, że jest mi wszystko jedno, że mnie to nie obchodzi, nie boli. A na to jestem jeszcze chyba za młoda…

Jednak musi pani przyznać, że to dość naturalny odruch – ciekawość wobec ludzi popularnych, lubianych, o których chce się wiedzieć jak najwięcej.

Do pewnego stopnia tak. Ale kiedy jako bardzo młoda dziewczyna byłam fanką różnych wykonawców, najważniejsze było dla mnie, jak śpiewają, a nie to kim są prywatnie… Boli mnie więc, że w stosunku do mojej osoby ludzie są tak nietaktowani i niedyskretni To, co chcę im dać, to moja muzyka. I nie mają prawa żądać więcej – bo cała reszta to już moja sprawa, moje życie prywatne. Mogę opowiadać o tym, co lubię jadać, jak przygotowuję się do koncertu, jak dbam o siebie… Ale nie chcę mówić o swoich uczuciach, bo są one moją własnością. Tyle daję ludziom, ile mogę dać – jeśli nie daję więcej, to po prostu dlatego, że nie chcę. A przecież jest tak wiele tematów z dziedziny zawodowej, o których chętnie rozmawiam i które mogą być ciekawe dla tych, którzy interesują się muzyką. Tyle że ostatnio coraz częściej odnoszę wrażenie, że nie to jest w tym wszystkim najważniejsze.

No cóż, nie pozostaje nic innego, jak życzyć, by zdołała się pani uodpornić na cienie bycia gwiazdą. Porozmawiajmy więc o milszych sprawach. Od kilku miesięcy jest na rynku płyta „Dotyk”, która jest…

…spełnieniem moich marzeń. Moja pierwsza płyta miała ukazać się w Anglii. Jednak stało się inaczej. Prawdę mówiąc, sytuacja zmusiła mnie, abym najpierw nagrała płytę w Polsce. I właściwie cieszę się, że tak się stało. Trochę trzeba było na nią poczekać, ale gdybym nagrała ją wcześniej, byłaby to zapewne zupełnie inna płyta, bo i ja byłam wówczas innym człowiekiem. W okresie między Eurowizją a nagraniem płyty wielu rzeczy się jeszcze uczyłam, zdobywałam doświadczenie i to na pewno wpłynęło na kształt mojego pierwszego albumu. Londyński menadżer mówi, że Polska tym różni się od innych krajów Europy Zachodniej, że tutaj mogę jeszcze popełniać błędy… Ale już i w Polsce publiczność staje się coraz bardziej wymagająca, ma dostęp do zachodnich płyt, kaset magnetofonowych i wideo, ogląda w telewizji satelitarnej i kablowej dobre programy muzyczne, ma też okazję uczestniczyć „na żywo” w koncertach światowej sławy wykonawców. Tyle tylko, że my jesteśmy w trochę gorszej sytuacji, przede wszystkim ze względów technicznych. Na Zachodzie dobry videoclip trzydziestoosobowa ekipa przygotowuje przez kilka tygodni. Ja do pomocy ma dwie, trzy osoby i zazwyczaj zaledwie kilka dni. I jeśli nawet uda nam się wszystko jakoś zorganizować, to zawsze może zdarzyć się tak, jak w Sopocie – podczas mojego występu, przez przypadek, ktoś wyłączył nie ten guzik co trzeba i prawie nie było mnie słychać.

To rzeczywiście jakiś pech, bo nieco wcześniej, podczas przyznawania nagród muzycznych „Fryderyków” – pani, choć miała najwięcej nominacji w różnych kategoriach, nie otrzymała żadnej nagrody.

Wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Wiem też, dlaczego nie wystąpiłam w Opolu… Nie chcę o tym mówić… Może kiedyś… Dziś uznajmy, że to tylko przypadki, które choć zniweczyły moje wysiłki, są już przeszłością.

W ciągu ostatniego roku uczyniła pani znaczne postępy w rozwoju artystycznym, być może również dlatego, że przestała pani grać niemal codziennie po dwa spektakle „Metra”. Trasy koncertowe są mniej wyczerpujące?

Jeśli chodzi i obciążenie psychiczne i fizyczne, są porównywalne z pracą w teatrze. O tyle jednak są trudniejsze, że w teatrze miałam kontrakt polegający na tym, iż zawsze pracowałam z tą samą, znaną ekipą. Teraz spotykam się na co dzień w pracy z ludźmi o różnym stopniu kwalifikacji zawodowych. To było dla mnie wyzwanie – umiejętność przejścia z oswojonego już świata teatru w zupełnie odmienne rejony.

Z ludźmi, którzy z panią współpracują na stałe, spędza pani dużo czasu, wiele też od nich zależy. Czy wystarczy, że ktoś jest profesjonalistą w swoim zawodzie, czy też jest pani potrzebny kontakt psychiczny, swoiste współbrzmienie?

Wie pani, że nikt mi dotychczas nie zadał tego pytania? A przecież to jest bardzo istotna rzecz! Oczywiście, przede wszystkim chcę pracować z zawodowcami, ale niezwykle ważne jest dla mnie to, bym miała z tymi ludźmi dobry kontakt i muszę powiedzieć, że mam szczęście, bo udało mi się pozyskać do współpracy ludzi, którym ufam, którzy wspaniale sprawdzają się w pracy, a do tego jeszcze wszyscy się lubimy. Mówię tu o niewielkiej grupie ludzi, z którymi współpracuję najbliżej, czyli o moim producencie muzycznym – Rafale Paczkowskim, ekipie nagłaśniającej moje koncerty, grupie „Woobie Doobie”, która akompaniuje mi na scenie i w studiach nagraniowych, no i oczywiście o mojej menadżerce – Oli Trzcińskiej. Dzięki nim mogę realizować swoje marzenia i działać tak, jak chcę, a nie tak, jak muszę. I to jeden z moich największych sukcesów minionego roku.

Jakiś czas temu w radiowej „Trójce” usłyszałam, że wśród polskich wykonawców największą popularnością cieszy się pani i ostro rapujący wokalista z Kielc, Liroy.

Ojej, naprawdę?

Naprawdę. Zna go pani?

Tak, spotkaliśmy się na festiwalu sopockim.

A jego utwory podobają się pani?

No cóż, cenię i lubię różne gatunki muzyki. I nie ma dla mnie znaczenia, czy to jazz, czy rap. Ważne, żeby była to muzyka dobra. Kiedy rozmawiałam z Liroyem, odniosłam wrażenie, że wierzy w to, co mówi i śpiewa. Z jego tekstów niewiele mogę zrozumieć, bo rapuje w zawrotnym tempie, ale z tych słów, które do mnie dotarły, mogę wnioskować, że śpiewamy chyba o tym samym, tylko różnymi językami. Liroy jest dużą indywidualnością, ma jakąś swoją prawdę, którą chce ludziom przekazać i wierzy w nią. A poza tym sądzę, że on przy tym wszystkim doskonale się bawi.

Jeśli już jesteśmy przy zaskoczeniach – całkowitym zaskoczeniem był dla mnie, i zapewne nie tylko dla mnie, teledysk „Dotyk”. Bardzo odważny, pełen zmysłowości, zupełnie nie pasujący do pani dotychczasowego wizerunku.

Po jednym z moich koncertów podeszła do mnie jakaś dziewczyna i zapytała: Edytka, a ty się nie wstydzisz tak pokazać w teledysku?Czego miałabym się wstydzić? – odparłam. Pomyślała chwilę, pomyślała i w końcu stwierdziła: No rzeczywiście, właściwie nic takiego tam nie było… „Zakląłeś mnie w dotyk” – to tekst napisany przez Jacka Cygana, który przecież zna mnie tak dobrze, że nie zaproponowałby mi czegoś, co kłóciłoby się ze mną. To opowieść o marzeniach, jakie snują kobiety na temat miłości. Wszystko dzieje się w wyobraźni, jest impresją o romantycznej, ale i zmysłowej miłości.

„To nie ja byłam Ewą”, „Jestem kobietą”, „Zakląłeś mnie w dotyk” – od nie w pełni świadomej swego wdzięku dziewczyny do zmysłowej, uwodzicielskiej, znającej swoją siłę kobiety. To ewolucja tylko artystyczna czy może też rzeczywista?

Hm… Bardzo lubię zaskakiwać ludzi, co nie znaczy – szokować. Nie polega to na tym, że zgodziłabym się, na przykład, pozować dla „Playboya”. Ten ostatni, „erotyczny” teledysk była dla mnie wyzwaniem pod każdym względem. Liczyłam się z tym, że może zostać różnie przyjęty przez moją publiczność, bo ludzie lubią „zaszufladkować” kogoś mieć z nim święty spokój.Ale gdybym pozostawała taka sama, szybko by się mną znudzili.

A jak to doświadczenie filmowe przekłada się na śpiewanie? Wiadomo przecież, że dobry głos i talent interpretacyjny to warunek wystarczający, ale nie koniecznie do tego, by stać się gwiazdą.

Na Zachodzie jest wielu znanych wykonawców, którzy tak naprawdę nie potrafią śpiewać, ale są dobrze „opakowani” i dobrze się „sprzedają”. Powstają perfekcyjne produkcje studyjne, w których dominuje linia melodyczna i aranżacja. Do tego dobre brzmienie perkusji, która nadaje rytm i… już jest gotowy dyskotekowy hit. Najmniej jest w tym ważny głos wokalisty. A ja myślę, że ludzie doskonale wyczuwają, kiedy są oszukiwani. Potrafią odróżnić dobry produkt muzyczny od tandety, fałsz sceniczny od prawdy. Zresztą śpiewanie to nie tylko dobry głos i umiejętności wokalne. Musi być w tym podłoże emocjonalne, bo inaczje śpiew przestaje być sztuką, a staje się rutyną. Gdybym nie miała powodów, by śpiewać o miłości, marzeniach, nadziejach – nie potrafiłabym z siebie wydobyć głosu.

Czy tak podchodząc do śpiewu, nie sprzedaje panie tego, co najważniejsze? I czy nie boi się pani tego?

Owszem, boję się. Wiem, że w pewnym sensie sprzedaję siebie.

Więc cóż? Może ograniczyć własne emocje?

Staram się, ale nie jest to łatwe. Takich umiejętności, rzemiosła, nabywa się z czasem. Jednak jeżeli chce się, żeby publiczność dokładnie poczuła, co ma się jej do przekazania, nie można się oszczędzać. Trzeba wyjść na scenę i dać z siebie wszystko.

Jakich uczuć jest w pani teraz najwięcej?

Może niepokoju o to, co będzie dalej. Bo taka jest kolej rzeczy, że ludzie coś najpierw budują, a potem to niszczą. Ludzie stworzyli, zbudowali mój wizerunek gwiazdy – i ci sami ludzie mogą go zniszczyć. Mam wciąż w pamięci losy wspaniałych, pięknych artystek, które były mądrzejsze ode mnie, bardziej doświadczone, a mimo to nie uniosły ciężaru „bycia gwiazdą”. Przez wiele lat kochane przez publiczność, nie wytrzymywały psychicznie, kiedy tej miłości zabrakło. Można zwariować od nadmiaru miłości, ale można też bez niej umrzeć.

A może zamiast miłości tłumów, do życia wystarczyłaby miłość jednego człowieka?

Owszem, to chyba byłoby najlepsze wyjście. Można by wtedy żyć, nie oglądając się na innych.

Znalazła pani to wyjście?

Myślę, że tak.

Jest pani szczęśliwa?

Tak, bardzo.

Jak bardzo?

Tak bardzo, że nareszcie jestem gotowa pożyć zwyczajnym, prawdziwym życiem. Bez wścibstwa dziennikarzy, bez morderczych tras koncertowych, bez nieustannego stresu. Zejść ze sceny i śpiewać kołysanki dzieciom. Być może po jakimś czasie zatęsknię i wrócę na estradę, ale może zdarzyć się i tak, że dokonam wyboru ostatecznego i najlepszego.

Rozmawiała: Ewa Matuszewska



Komentarze




Dodaj komentarz

W górę ↑