Wprost

Opublikowano 9 maja 1999

0

Wprost (09/05/1999)

Diwa na walizkach

Tomasz Raczek: – W światowym show-businessie nastała moda na diwy, czyli piosenkarki obdarzone dużym głosem, śpiewające melodyjne, monumentalne przeboje. Organizowane są nawet koncerty, podczas których razem występują na przykład Aretha Franklin, Celine Dion, Mariah Carey. To pani kategoria! Jak ocenia pani swoje szanse na wystąpienie w przyszłości w takim towarzystwie?

Edyta Górniak: – Jeżeli głupota ludzka nie wywoła na świecie wojny, jeśli starczy mi siły i wiary w to, co robię, jeśli nie zabraknie ludzi, którzy będą mnie dopingować, jeśli nie stracę formy i ciągle będę się rozwijała, a wytwórnie i media będą po mojej stronie, to może się to uda za cztery, pięć lat.

– Czy wydając płyty w Polsce, boi się pani piratów?

– Niestety, tak. Moja wytwórnia w Polsce robi wszystko, by uchronić się przed piractwem, ale nie czujemy wsparcia ze strony władzy, czyli osób, które mają na to największy wpływ i mogą zmienić sytuację jednym podpisem. Zawsze są „ważniejsze sprawy”. Nikt nie chce pamiętać o tym, że zarówno artyści, jak i wytwórnie płytowe są okradani i oszukiwani.

– Jak piractwo w Polsce oceniają ci, z którymi pracuje pani na co dzień – ludzie z branży płytowej za granicą?

– Dziwią się bardzo, że nasza władza nie reaguje na to. Na świecie udowodniono przecież, że można sobie z tym procederem poradzić. Na przykład w Japonii za piractwo trafia się do więzienia. Skoro dotychczas – mimo tylu sygnałów, próśb, listów i apeli – nikt nic nie zrobił w tej sprawie, mam prawo podejrzewać, że osobom, od których to zależy, opłaca się opóźnianie takich działań. Możemy nawet przypuszczać, że czerpią z tego zyski.

– Co sądzi pani o upublicznianiu swego życia prywatnego. Niedawno na okładce jednego z popularnych pism kolorowych pojawiło się pani zdjęcie wraz z narzeczonym, a w środku zamieszczony był reportaż ze wspólnego pobytu na egzotycznych wakacjach. Zdecydowała się pani sprzedać swoją intymność. Dlaczego?

– Zawsze można mi coś zarzucić. Kiedy nie zgadzałam się na publikowanie zdjęć z moim poprzednim partnerem Piotrem Kraśko, byłam „zbyt skryta, za mało dzieliłam się sobą, nie rozumiałam potrzeb swojej publiczności, która bardzo chciała wiedzieć jak najwięcej o moim życiu prywatnym”. Gdy z kolei zgodziłam się na utrwalenie chwil szczęścia z Robertem, a potem opublikowanie fotografii z tego związku, też było źle.

– Czy w czasie, który minął od ukazania się pani anglojęzycznej płyty, przeżyła pani coś naprawdę ciekawego?

– Wydarzyło się tak wiele, że zabrakłoby miejsca na opisanie tego. Poznałam wspaniałych ludzi, sławnych i uznanych artystów, zwiedziłam prawie wszystkie kontynenty, a – jak wiadomo – nic nie kształci bardziej niż podróże.

– W jakich była pani krajach?

– W Japonii, Hongkongu, Korei Południowej, Republice Południowej Afryki, w państwach Europy Zachodniej, z wyjątkiem Włoch i Francji.

– Czy miała pani koncerty w Wielkiej Brytanii, gdzie teraz pani mieszka?

– Nie, ale wydano tam płytę „Wicked Woman”, na której zamieszczono moją piosenkę „When You Come Back to Me”. Na tym albumie miałam zaszczyt się znaleźć wśród takich wokalistek, jak Sam Brown, Nenah Cherry, Cher.

– Co najbardziej zaskoczyło panią w czasie podróży promocyjnej z kraju do kraju?

– Chyba to, że z tygodnia na tydzień traciłam poczucie rzeczywistości. W ciągu tygodnia odwiedzałam trzy, cztery państwa i w pewnym momencie nie wiedziałam już, w którym z nich byłam wczoraj, a do którego polecę jutro. Zwykle miałam nie więcej niż cztery godziny na sen, a jednocześnie wymagano ode mnie maksymalnego wysiłku. Dochodziło do tego, że budziłam się w hotelu i nie tylko gubiłam się z powodu różnic czasowych, ale nawet nie wiedziałam, gdzie jestem. Raz zdarzyło mi się coś wręcz absurdalnego: wylądowałam na kolejnym lotnisku, poszłam po bagaż i… zapomniałam, skąd przyleciałam. Odcinek karty pokładowej zostawiłam w samolocie i nie wiedziałam, gdzie szukać swojej torby. Musiałam zadzwonić do mojej asystentki w Warszawie i zapytać, skąd dzisiaj miałam przylecieć.

– Czy pani szanse wszędzie były jednakowe?

– Ciekawe, że mimo różnic kulturowych, reakcje publiczności na moje piosenki wszędzie były podobne. Różne były natomiast zachowania i postawy dziennikarzy podczas konferencji prasowych.

– Gdzie czuła się pani najlepiej i gdzie odniosła pani największy sukces?

– Niezręcznie jest mi o tym mówić, bo właściwie wszędzie odnosiłam wrażenie, że moje występy przyjmowano entuzjastycznie. W Norwegii przyznano mi Złotą Płytę. Moje piosenki znalazły się na listach przebojów we wszystkich krajach, w których wydano album. Ostatni mój koncert w Niemczech zakończył się kilkuminutowymi owacjami. Byłam bardzo wzruszona.

– Czy to prawda, że zamierza pani wydać album „Live”?

– Tak. Zostanie on zarejestrowany podczas obecnej trasy koncertowej, a w czerwcu ukaże się na rynku.

– Któremu z artystów zaproponowała pani, by był pani supportem i rozgrzewał publiczność przed pani wyjściem na scenę?

– Nigdy nie godzę się na support, chociażby dlatego, że nie potrzebuję osób trzecich do rozgrzewania publiczności, a ponadto mój koncert trwa prawie dwie godziny.

– Te występy to podsumowanie dotychczasowej kariery czy coś zupełnie nowego?

– Na repertuar koncertów składają się utwory z obu moich płyt. Śpiewam również kilka nie nagranych dotychczas kompozycji, między innymi „Stop” Sam Brown (tą piosenką debiutowałam) i „Szczęśliwej drogi już czas” Ryszarda Rynkowskiego.

– Do kilku pani piosenek wyprodukowano piękne teledyski. Czy pojawiły się one w którejś ze znaczących stacji muzycznych, na przykład MTV, Viva, VH-1?

– Emitowano je we wszystkich ważnych stacjach telewizyjnych poszczególnych krajów, również w najbardziej popularnych, czyli niemieckiej Vivie i francuskiej M6.

– Kto lub co decyduje o nadawaniu teledysków?

– To właściwie jest błędne koło, ponieważ jeśli teledyski mają być emitowane, piosenki muszą wcześniej zdobyć popularność, co zależy od stacji radiowych. Te zaś chętniej nadają utwory, których teledyski można oglądać w telewizji.

– Co planuje pani po zakończeniu trasy koncertowej?

– Przygotowuję kolejną anglojęzyczną płytę. Tym razem chciałabym, żeby w polskiej edycji znalazły się piosenki śpiewane po polsku. Do studia wchodzę w lipcu. Natomiast pod koniec roku planuję w Sali Kongresowej uroczysty koncert podsumowujący dziesięciolecie mojej pracy. Będzie to impreza charytatywna na rzecz Kliniki Onkologicznej w Gliwicach, gdzie uratowano życie mojej mamy. Dlatego postanowiłam pomóc tej klinice. Pod koniec roku przekażę zebrane pieniądze.

Rozmawiał: Tomasz Raczek

Wprost, nr 19 (858)



Komentarze




Dodaj komentarz

W górę ↑