Gala

Opublikowano 8 kwietnia 2013

1

Gala (08/04/2013)

Numer ukazał się z dwiema okładkami.

O trudnych rozstaniach, wielkiej miłości, zaręczynach i oczekiwaniu na córeczkę

Przebudzenie

Jest jak rajski ptak. Barwna, niezwykła, zachwycająca. I jak rajski ptak nie potrafi żyć w niewoli. Kiedy cztery lata temu postanowiła zmienić swoje życie, bała się, że nie znajdzie na to siły. Tak długo udawała przed światem, że jest dobrze, że pewnego dnia, patrząc w lustro, nie rozpoznała własnych oczu. Poczuła, że nie potrafi już śpiewać tak jak kiedyś, że wszystko, co w niej było dobre, zaczyna powoli gasnąć. Zrozumiała, że jeśli nie zawalczy o siebie, straci resztki tego, co zostało. Dziś silniejsza niż kiedykolwiek mówi głośno: odzyskałam siebie i swój świat. Świat, w którym jest miejsce tylko na prawdę i miłość. Do Allana i Piotra. I do Muzyki.

500. numer „Gali”. A Ty, Edyto, gościłaś na naszych okładkach najczęściej ze wszystkich gwiazd. Cieszę się, że spotykamy się w takim dobrym dla Ciebie momencie. Nigdy nie widziałam Cię tak szczęśliwej, promiennej.

Większość okładek i wywiadów „Gali” ilustrowała dobre momenty mojego życia, przełomowe: karierę międzynarodową, wyjątkowe duety, np. z José Carrerasem…

…ale też istotne momenty z życia prywatnego. Miłość, ślub, narodziny Twojego syna. On jest dziś najważniejszy w Twoim życiu?

Tak. I zawsze będzie. Odkąd pojawił się na świecie, odmienił moje życie. Macierzyństwo jest dla mnie największym szczęściem, jakiego doświadczyłam. Również ten moment, w którym teraz spotykam się z jubileuszową „Galą”, jest dla mnie szczególny. I zawodowo, i prywatnie. W ostatnich latach moje życie właściwie zupełnie się zmieniło. Wcześniej jednak przez prawie trzy lata nabierałam odwagi, żeby dokonać tych zmian. Wreszcie cztery lata temu odważyłam się na nie, choć nikt wtedy jeszcze nie rozumiał dlaczego. Bo po co zmiany, kiedy wszystko jest dobrze? Tyle że wtedy udawałam, że jest dobrze. Nie znoszę udawać, dławiło mnie to, więc dziś wielkim moim szczęściem i wolnością jest to, że już nie muszę udawać.

Udawać, że Twoje małżeństwo jest szczęśliwe, chociaż nie było?

Czułam się tak, jakby ktoś uśpił mnie na kilka lat. Chociaż nie mogę powiedzieć, że to były wyłącznie bardzo nieszczęśliwe lata, to jednak byłam wtedy zupełnie nieobecna duchem i ciałem, i jako artysta, i w ogóle jako człowiek. Nie byłam sobą. Nie rozpoznawałam w lustrze swoich oczu. Zawsze umiałam się cieszyć każdym drobiazgiem. Byłam ciągle uśmiechnięta, optymistyczna, kreatywna, spontaniczna. I to we mnie zgasło. Zrozumiałam, że muszę siebie ratować.

Jak to jest możliwe, że pozwoliłaś się „uśpić”? Co spowodowało, że straciłaś czujność?

Powód jest jeden: zawsze dążę do harmonii. Polega to na tym, że dostrajam się do świata. Na scenie jestem perfekcjonistką – zdecydowanie zaznaczam swoje terytorium i egzekwuję swoje zasady. Jednak poza sceną mam ogromną umiejętność dopasowywania się do okoliczności. Potrafię z łatwością ustępować, bo nie mam wygórowanego ego, spełniam się w życiu zawodowym. Ludzie często walczą ze sobą na każdym polu, budując właśnie tym sposobem poczucie własnej wartości. U mnie przeważa pokora. To na ogół zaleta, bo pozwala mi odważniej przyjmować i znosić trudne doświadczenia. Jednak pozwala też innym łatwo nadużyć mojej spolegliwości. I tak właśnie się stało… Chciałam się dostosować za wszelką cenę po to, żeby zachować harmonię i spokój ludzi mnie otaczających.

Zależało Ci na szczęściu najbliższych: męża i dziecka.

Wydawało mi się kiedyś, że przetrwanie wszystkiego to dowód dojrzałej miłości. Bywa. Ale bywa też tak, że oznacza to wyrzeczenie się samego siebie dla związku. Można tak oczywiście funkcjonować, bo sama to sobie udowodniłam, ale w którymś momencie…

Za wszelką cenę chciałaś swojemu synowi zapewnić pełny dom i pokazać, że potrafisz stworzyć perfekcyjną rodzinę, choć sama takiej nie miałaś.

Przez to, że jej nie miałam, idealizowałam jej obraz. Dlatego tak łatwo działały na mnie powierzchowne przejawy rodzinnego ciepła. Wzruszałam się tym, że w niedzielę jest wspólny obiad, że teściowa coś specjalnie dla mnie ugotowała. Takie proste rzeczy, które dla ludzi nie znaczą nic lub są codziennością, dla mnie znaczyły ogromnie dużo. W konsekwencji stworzyłam atrapę rodziny, atrapę szczęścia. Zawsze za wszelką cenę chciałam zmienić bieg historii, bo moja świętej pamięci babcia rozstała się z dziadkiem, potem moja mama rozstała się z tatą, a ja chciałam przerwać ten łańcuch porażek. Chciałam udowodnić, że choć mojej babci ani mamie nie udało się zachować małżeństwa, mnie się uda. Ale za wszelką cenę nic się nie udaje, więc w efekcie rozwodziłam się, kiedy Allan miał dokładnie tyle lat, ile ja miałam, kiedy rozstawali się moi rodzice…

Teraz, kiedy od rozwodu minęły cztery lata, potrafisz już o tym mówić bez emocji?

Potrafię. Zamknęłam ten etap w moim życiu. Co prawda raz na jakiś czas mój były mąż dostarcza mi negatywnych wrażeń, jednak nie chcę powielać błędów mojej mamy. Ona rozdzieliła mnie z moim ojcem, żeby go ukarać, odegrać się za ich niespełnioną miłość. Ja robię dokładnie odwrotnie.

Mimo że były mąż w ostatnim czasie dał Ci sporo powodów do nerwów? Trudny rozwód, brak podziału majątku, oszczerstwa w mediach, walka o dziecko…

Nie czuję w stosunku do niego złości. Raczej rozczarowanie. Gdzieś w sercu długo go broniłam. A teraz już tylko towarzyszy mi zdziwienie, jak mogłam się tak pomylić co do człowieka, z którym chciałam dzielić życie.

Pamiętasz moment, kiedy przyszły pierwsze wątpliwości?

To nie był jeden konkretny moment. Co jakiś czas odzywała się moja intuicja, co jakiś czas znajdowałam różne dokumenty…

Jak długo dawałaś odpór tej intuicji?

Hmm… Dobre pytanie. Myślę, że do końca, to znaczy nawet gdy już wiedziałam, że muszę odejść i odnaleźć siebie prawdziwą. Odchodziłam, mając poczucie, że opuszczam człowieka niezwykłego i nadzwyczajnego. Na szczęście swoją postawą bardzo mi ułatwił to rozstanie. Wszystko to, co mu podarowałam, wykorzystał przeciwko mnie. Kiedy odchodziłam, bałam się, że będę przez resztę życia mieć wyrzuty sumienia. I on mnie od tego uwolnił. Myślał, że zastraszając mnie, utrudnia mi odejście, ale w efekcie je ułatwił. Uwolnił mnie od wszelkich wątpliwości.

I mimo to nie masz obaw, że nie utrudniając Allanowi kontaktów z ojcem, narażasz swoją relację z synem?

Oczywiście, że się obawiam złych nawyków, skrzywionego punktu widzenia, rozpieszczenia, sposobu wyrażania myśli… Bo dziecko przesiąka wszystkim, co je otacza, więc za każdym razem, gdy wraca do mnie od ojca, jest inny. Ale mimo wszystko uważam, że ważniejsze jest to, żeby Allan miał ojca. Ja całe moje życie tęskniłam za tatą i nigdy nie pozwolę na to, żeby mój syn tęsknił za którymkolwiek z nas.

Rozprawy dotyczące podziału opieki rodzicielskiej po rozwodzie musiały być dla Ciebie trudne. Ostatecznie Allan spędza dwa tygodnie u Ciebie, dwa u ojca.

Kiedy rodzice oddają dzieci do dziadków na weekend, i tak dzwonią kilka razy sprawdzić, jak się mały czuje, czy zjadł ładnie obiad, czy jest grzeczny. Ja nie mam takiej możliwości. Przez połowę miesiąca jestem odcięta od mojego syna. Naprawdę nie wiem, jak przez cztery lata nauczyłam się dźwigać codzienną potężną tęsknotę za moim dzieckiem, bo nie widzę go właściwie przez sześć miesięcy w roku. Moje marzenie jest takie, aby Allan mieszkał pod jednym adresem, ale żeby miał nieograniczony kontakt z drugim rodzicem.

Ale to się nie udało?

To się nie udało jeszcze. Najbardziej ubolewam nad tym, że nasze wewnętrzne ustalenia w kwestii rozwodu i podziału opieki stały się sprawą publiczną. I jak wiesz, ludzie nie dowiedzieli się o nich ode mnie, tylko od drugiej strony, która raz skarży się publicznie, szukając współczucia, innym razem przekłamuje wyrok samego sądu, donosząc tuż po rozwodzie, jakoby odebrano mi prawa rodzicielskie. Mój eksmąż nadal wykorzystuje kontakty z mediami, które zdobył, będąc moim menedżerem. Dziś odcinam się już od wszystkiego, co jest toksyczne.

Tak do końca się nie da. To ojciec Twojego dziecka…

Na spektakle szkolne czy mecze Allanka tata nie przychodzi, więc widujemy się dość rzadko. Traumatyczne było jednak doświadczenie spotkania z moją byłą rodziną w szpitalu przy łóżku syna po jego drugiej operacji. To był pierwszy moment od czasu rozwodu, kiedy ich wszystkich widziałam. Mając mnie na wyciągnięcie ręki, klęczącą przy łóżku Allana, mogli wreszcie mi powiedzieć, jak bardzo mnie nienawidzą. Już nie za pośrednictwem mediów, tylko osobiście. I zrobili to. Z euforią i radością. Przez cały czas, kiedy czekałam, aż Allanek wybudzi się z narkozy, wyrzucali z siebie wszystko, co mogli, wszyscy naraz. Robili to przy lekarzach, pielęgniarkach, nie zwracając uwagi na obcych ludzi, na innych pacjentów ani na to, że jestem roztrzęsiona i przerażona, bo moje dziecko właśnie miało kolejną operację. Nie przeszkodził im nawet moment, kiedy Allan wybudził się z narkozy.

Szok?

To chyba dobre słowo. Mimo tego absurdu, siedząc wcześniej pod salą operacyjną, wyciągnęłam do byłego męża rękę. Po raz nie wiem który poprosiłam go, żebyśmy spróbowali żyć w przyjaźni dla naszego dziecka – dla jego dobra, rozwoju i przyszłości. Zostaliśmy z nim przez całą noc. W jednym pokoju. Mimo to następnego dnia mój były mąż napisał do prasy list otwarty, w którym oskarżył mnie najmocniej jak można, że jestem okropną matką, bo nie pojawiłam się w szpitalu. Nie zawsze akceptuję obecność paparazzi, ale całe szczęście, że wtedy tam byli. Dzięki temu mam dowód, że byłam przy moim dziecku. Tłumaczę sobie, że takie trudne doświadczenia są potrzebne, bo nas umacniają.

Ale ile można znieść tych trudnych doświadczeń? Dzieciństwo miałaś trudne, młodość też, w szkole byłaś dyskryminowana ze względu na cygańskie korzenie. Wcześnie wyszłaś z domu, dorastałaś na oczach ludzi, bez oparcia w rodzinie. Normalnie, kiedy masz problem, wypłakujesz się mamie, tacie i oni zazwyczaj mówią: „Cokolwiek by się działo, jesteśmy po twojej stronie”. Ty nie bardzo miałaś do kogo pójść.

Nie miałam. I było mi naprawdę… jak powiem, że bardzo trudno, zabrzmi to banalnie, ale były momenty, w których myślałam, że nie przetrwam, że się już po prostu nie podniosę. Wcześnie zrozumiałam, że jeśli chcę przetrwać, to siłę muszę znaleźć wyłącznie w sobie. I zawsze na samym końcu, kiedy już „klęczałam”, podnosiłam się z ogromną siłą, czasem potrójną. Ale nie taką, która objawia się agresją czy arogancją. To była jeszcze większa pokora. Choć faktycznie, trudne momenty są jeszcze trudniejsze, kiedy jesteś samotny. Kiedy nie masz poczucia takiej siły, którą się czerpie z rodziny, że zawsze się możesz schronić u mamy i mama cię przytuli, pogłaszcze, da ci ulubionej zupy. Wyobrażam sobie, że to musi być coś niesamowitego, kiedy możesz porozmawiać z osobą, która dała ci życie, o tym, co przeżywasz, co się w tobie zmienia, co czujesz… Ja tego nie miałam. Z drugiej strony przez to, że nie było przy mnie mojej mamy, nauczyłam się ogromnie dużo, bo nikt w niczym mnie nie wyręczał. I zrozumiałam, jak dużo mam siły. Ale wiele razy brakowało mi mamy… Strasznie…

Dlatego wiele razy wyciągałaś do niej rękę…

Tak. A mimo to były dwa bardzo trudne momenty w moim życiu, kiedy ona nie okazała mi miłości, zrozumienia, akceptacji. To były naprawdę momenty sprzyjające temu, żeby się pojednać: pogrzeb mojego taty i moja rozprawa rozwodowa…

…kiedy Twoja mama ostentacyjnie stanęła po stronie Twojego byłego męża.

Zrobiła mi przysługę tym, co wtedy powiedziała: że jestem dla niej obcym człowiekiem, że jestem złą matką, że będzie zeznawać przeciwko mnie, jeśli będzie trzeba. Udzieliła jeszcze dużego wywiadu przy okazji siódmych urodzin mojego synka. Po czymś takim ja nie muszę już nic tłumaczyć. To mówi wszystko. Na pogrzebie taty, kiedy do mnie nie podeszła i kiedy nie przyjechała na moją sprawę rozwodową, żeby mnie wspierać, zrozumiałam, że nie mam mamy…

To jest przerażające.

Dziś już potrafię patrzeć na to jak na coś dobrego. Czuję spokój, nie jestem rozżalona, nie krzyczę, nie rozczulam się nad sobą. Jeśli płaczę, to dlatego że wzrusza mnie piękno, i na to zawsze sobie będę pozwalać.

A Ty jaką jesteś mamą? Jesteś wymagająca czy – przeciwnie – mówisz Allanowi, że jest wspaniały, że jest najmądrzejszy, najpiękniejszy i że może wszystko?

Jestem zakochana i surowa. (śmiech) Biorąc pod uwagę to, jak Allan jest rozpieszczany, bo tata konkuruje z mamą, kto na więcej pozwoli, to tym bardziej muszę dbać o jego…

…kręgosłup moralny?

(śmiech) Dziękuję, że to za mnie powiedziałaś. Więc staram się narzucać mu mocną dyscyplinę, a jednocześnie wciąż muszę uważać, bo mimo wszystko zbyt często daję się naciągać na różne upominki. Uczę Allana doceniać wszystko i nie przyzwyczajać się do tego, co ma. Uczę go rozumieć, że jest moim synem i że może mu być przez to w życiu trudno. Już teraz zdarzają się momenty, że dzieci dają wyraz swojej zazdrości, i on to przeżywa. Uczę go więc przyjmować to naturalnie, tłumaczę, skąd się to bierze. To, co mogę mu zapewnić, to edukacja. Dlatego tak ważna jest dobra szkoła. To, co z niej wyniesie, to wysoki poziom wiedzy i języki, żeby mógł kiedyś wybrać studia w dowolnym miejscu na świecie.

Ty przeprowadzałaś się 18 razy. Czujesz, że zaczynasz wreszcie zapuszczać korzenie?

Nie, już wiem, że nigdy tego nie zrobię. (śmiech) Najdłużej mieszkałam w jednym miejscu przez siedem lat, właśnie w moim małżeństwie. I wiem, że to nie jest dla mnie. Uwielbiam podróże, uwielbiam poznawać świat i ludzi. Na podróże nigdy nie będzie mi szkoda pieniędzy.

Odnoszę wrażenie, że dla Ciebie pieniądze nie są ważne…

Nigdy nie były. Zawsze starałam się nie żyć ponad stan. Miałam etap w życiu, kiedy mieszkałam w jednym małym pokoiku na Ursynowie. Innym razem przez wiele miesięcy żyłam w apartamencie hotelowym albo wielkiej willi z ogrodem. Lekką ręką wydaję pieniądze tylko na podróże, na Allana wydaję bez zastanowienia. Na siebie, jeśli wydaję, to pod kątem zawodowym: dobre mikrofony, dobre studio nagraniowe, dobrzy producenci muzyczni. Natomiast na zwykłe przyjemności nie wydaję dużo.

Ty chyba dużo nie potrzebujesz?

Nie potrzebuję. Mało osób to zauważa. Mój Piotr to widzi, bo mnie zna. (Piotr Schramm, partner Edyty – przyp. red.)

Słyszałam, że w tej willi z ogrodem Ty nawet nie masz łóżka!

(śmiech) To prawda. W domu mam świeczki, materac i Buddę. I niepotrzebne nam osiem pokoi, bo w zasadzie używamy tylko dwóch. W związku z tym znowu myślimy o przeprowadzce. Allanek ma swój pokój, ale i tak siedzi z nami i śpi ze mną. Więc teraz nie jest nam potrzebny tak duży metraż, jaki myślałam, że nam się przyda. Pierwotnie zakładałam, że w jednym pokoju zrobię studio nagraniowe, w drugim gabinet regeneracyjny, gabinet dla Piotra, pokoik dla Allanka, trzy garderoby… Pomyślałam, że to jest dowód na to, że chyba nie potrzebuję tak dużo, jak myślałam, że potrzebuję.

Ja nawet widzę po Twoich ciuchach, że nie potrzebujesz. (śmiech) Że jak już masz swoje ulubione buty, to w nich kilka razy wystąpisz, ulubiony sweter nosisz non stop. (śmiech)

Bo nie mam innego. (śmiech) Wiele rzeczy porozdawałam, bo miałam ich po prostu za dużo. Niepotrzebna jest mi taka liczba butów, ciuchów, torebek i tego wszystkiego. Oczywiście dopóki pracuję w swoim zawodzie, potrzebuję rzeczy scenicznych. Ale one nadają się tylko na scenę, do wideoklipów i sesji zdjęciowych. A kiedy czasami chcę po prostu pójść na targ z Allanem i Piotrem, to nie mam co na siebie włożyć. Bo okazuje się, że nie mam zwykłych ubrań, a nie lubię być widoczna w miejscu publicznym. Staram się nie być niewolnikiem rzeczy nabytych i staram się nie przywiązywać do przedmiotów.

Ale do ludzi się przywiązujesz. Mocno. Dlatego te rozczarowania i zawody bardziej bolą?

Bolą. Każde rozstanie odbieram tak, jakby świat się zawalił. Najczęściej to ja decydowałam o tych rozstaniach, ale odchodzę dopiero w ostateczności, kiedy zostają już tylko zgliszcza. Dopóki jeszcze tli się światło, ja zawsze wierzę, że wszystko można odwrócić. Nie można kochać trochę, nie można trochę ufać. W tym sensie dla mnie droga jest czytelna: albo się otwieram i pozwalam komuś wejść w moje życie, i być jego częścią, albo nie. Nie mam kolegów. Mam albo bardzo bliskie mi osoby, albo współpracowników. Emocje trudne staram się trzymać dla siebie i nie obciążać nimi innych ludzi. Staram się nie być przykra dla otoczenia. To jest nauka, którą wyniosłam od babci, z tym rosłam. Oczywiście są sytuacje, w których trzeba walczyć o siebie i walczyć o innych. Wtedy dopuszczam do głosu swoje niezadowolenie, ale tego nie lubię. Nawet w relacji z Allanem, któremu czasem muszę zwrócić uwagę i muszę powiedzieć to innym tonem, niż gdy mówię, że go kocham. Wiem, że tak trzeba. Jestem żywiołem wody, czyli jestem albo bardzo spokojna, albo temperamentna – na to pozwalam sobie właściwie głównie na scenie lub prywatnie…

…żeby nie powiedzieć: w sypialni. (śmiech)

(śmiech) Nie umiem powierzchownie traktować niczego. Jeśli decyduję, że ktoś jest dla mnie ważny, to po prostu jest dla mnie ważny.

Mówię o tej Twojej intensywności, bo wszystkie osoby publiczne, z którymi się w życiu rozstałaś, bardzo emocjonalnie na to reagowały. Musiałaś być bardzo cenna w ich życiu, począwszy od mężczyzn, z którymi byłaś, po współpracowników.

Rozmawiałam ostatnio o tym z Piotrem. On uważa, że kiedy już się na kogoś otworzę, to daję coś takiego, czego ludzie normalnie nie dają – że wszystko, co robię dla kogoś, kiedy z nim jestem, jest na 250 procent! I ludzie przyzwyczajają się do takiego poziomu wspólnego bycia, troski, zaangażowania, szaleństwa, emocji – wszystkiego. I zwykle, kiedy ta relacja się zmienia, to jest to tak ogromna różnica, że nie potrafią się w tym odnaleźć.

Za to można odnaleźć ich relacje w mediach…

Kiedyś zwolniłam mojego asystenta Marcina. Po wcześniejszych doświadczeniach byłam przekonana, że to jest kwestia czasu, kiedy pójdzie do prasy, bo zrobił to każdy, kogo zwolniłam. Zwykle ludzie mnie wtedy sprzedają – właśnie tak odreagowują rozstanie. Czekałam na ten moment i on się nie wydarzył. Po trzech miesiącach zadzwoniłam do niego i zapytałam, jak sobie radzi, czy nie potrzebuje jakichś referencji dla innego pracodawcy. Powiedział mi, że nie może pójść do pracy z kimś innym, po tym, jak pracował ze mną. Że to taki rodzaj bliskości, taki świat, którego nigdzie nie ma, i że ja tego nie zrozumiem. „Jak już będzie fatalnie, to poproszę o pomoc albo zmienię zawód, ale po tobie nie chcę pracować z kimś innym”. Tak mnie tym ujął, że znów pracujemy razem. Dzisiaj rzadko już spotyka się ludzi lojalnych i tak oddanych, i w pracy, i w życiu. Mój Piotr też jest takim człowiekiem.

No właśnie, skoro w naszej rozmowie pojawił się już Piotr… Nigdy jeszcze nie mówiłaś o nim publicznie.

Myślę, że nauczona doświadczeniami staram się nie popełniać tych samych błędów. Kiedyś mocno wierzyłam w moją relację małżeńską, stawiałam byłego męża na piedestale i chciałam, żeby ludzie klaskali mu bardziej niż mnie. Żeby go szanowali i pokochali mój wybór. To się nawet udało. (śmiech) Na szczęście Piotr nie jest osobą, która nalega, by być widoczną. Nie lubi eksponować tego, że jesteśmy razem, w taki sposób, w jaki lubiły to robić inne osoby. I to nam pozwala zachować czystość tej relacji.

Jak się poznaliście?

Ja szukałam opinii prawnej w sprawie strategii przeprowadzenia podziału majątku, który zresztą mimo upływu czterech lat od rozstania nadal się nie dokonał. Właśnie do Piotra zwróciłam się z zapytaniem o pomoc prawną, bo jest wybitnym prawnikiem.

Na swoim jubileuszowym koncercie dla HBO to właśnie jemu w sposób specjalny podziękowałaś ze sceny, że jest obok Ciebie.

Pierwszy raz publicznie zwróciłam się do niego. Dopiero po trzech latach naszej relacji. Chciałam nas chronić. Oczywiście Piotr jest osobą rozpoznawalną medialnie, ponieważ występuje w roli eksperta w programach informacyjnych czy na łamach prasy. Ale tam jest sobą, a nie moim partnerem. Kiedy mi towarzyszy, lubi być niewidzialny. Chociaż trudno go nie zauważyć na ulicy, bo zachowuje się inaczej niż większość mężczyzn. Ma taką przedwojenną klasę, z którą człowiek się rodzi. I tę klasę zachowuje zawsze, bez względu na to, jak trudne sprawy i negocjacje prowadzi. Ludzie, słuchając jego wypowiedzi na temat katastrofy w Smoleńsku czy procesu Romana Polańskiego, nawet nie wyobrażają sobie, z jakim człowiekiem jem śniadanie. To jest kolejna rzecz, za którą ogromnie go szanuję – że tę najpiękniejszą część siebie zachowuje tylko dla mnie i dla Allana, że tylko my go znamy takiego, jakim on jest w pełni. Ma wiele szalonych pasji. Na szczęście połowa z nich pokrywa się z moimi, więc jeśli wypoczywamy, to robimy to w podobny sposób. Oboje lubimy strzelectwo sportowe, więc jeździmy po kryjomu na strzelnice i strzelamy. On jest dużo lepszy ode mnie, oczywiście. Od 15 lat trenuje sztuki walki, świetnie żegluje. Kompletne szaleństwo wychodzi spod tego opanowania, kiedy wsiada za kierownicę sportowego samochodu. Pierwszy raz, kiedy jedzie się z nim w roli pasażera, można dostać zawału. On jeździ tak szybko i tak zwinnie, że ja coś takiego widziałam tylko w grach komputerowych. Wszystko, co robi, co dotąd widziałam i czego doświadczyłam, będąc przy nim, robi fantastycznie. Nie widziałam rzeczy, której on by się dotknął i którą zrobiłby średnio.

Za każdym razem, kiedy spotykałam Was razem, widać było, że jest w Tobie bardzo zakochany i bardzo z Ciebie dumny.

Myślę, że tak jest. Pisze do mnie bardzo często SMS-y, które niezręcznie mi przyjmować, bo ubiera je w tak mocne słowa, że naprawdę trudno mi się identyfikować z takimi komplementami. Pisze, jaki jest dumny z drogi, którą pokonałam. Nie tylko od momentu, kiedy się poznaliśmy, ale wszystko, co wie, co usłyszał, czego się domyśla, że ta cała moja droga życiowa doprowadziła mnie do tego etapu świadomości dzisiaj, że to jest dla niego coś, co on ogromnie podziwia, i wyraża to bardzo często. Zrzucam to na karb miłości i tego, że jak ktoś kocha, to patrzy przez różowe okulary.

Zadam Ci trudne pytanie, jak nie chcesz, to nie odpowiadaj: chciałabyś, żeby Allan miał takiego tatę?

(długa cisza) Wszystko, czego Allanek się nauczył od Piotra, to są rzeczy, które pozwolą mu mądrze iść przez życie, jeśli tylko będzie potrafił z tej wiedzy korzystać. Piotr ma ogromny szacunek do tego, że Allan ma swojego tatę i nigdy nie starał się wchodzić w jego kompetencje. Kiedy wiele razy Allan trzymał go za rękę i pytał, czy jest jego tatą, Piotr nigdy nie nadużył tego w żaden sposób. Nie wykorzystał nigdy emocji Allana. Zawsze odpowiada, że jest przyjacielem rodziny, że jest jego przyjacielem i da mu wszystko, co ma i co wie. Często rozmawiają, Allanek zadaje mu bardzo dużo pytań, mają swój świat, swoją wspaniałą relację…

To bardzo wzruszające, co mówisz… Widać, że bardzo kochasz Piotra.

I dlatego razem dbamy o Allana. Wspólnie, bo… Szczerze? Kiedy latamy z Piotrem po świecie, to staram się tak planować te podróże, abyśmy nie lecieli razem tym samym samolotem…

Na wypadek, gdyby ktoś zginął…?

Tak… Wiem, że gdyby coś mi się stało, tylko Piotr będzie w stanie przygotować Allana na to, żeby był odpowiedzialnym, wyedukowanym, mądrym człowiekiem, idącym przez życie zgodnie z tym, jak oboje tego pragniemy. I tylko Piotr powie mu prawdę o tym, jaką miał mamę. Od nikogo innego się tego nie dowie.

To duże szczęście, że są sobie tak bliscy.

Tak. To mi daje ogromny spokój. Bo gdyby mój wybór życiowy nie był akceptowany przez mojego syna, to pewnie taki związek by nie przetrwał.

Widziałam na zdjęciach paparazzi, że Piotr spędza czas z Allanem, przychodzi do szkoły w ważnych momentach, na rozpoczęcie roku szkolnego, na zakończenie.

Na przedstawienia szkolne też chodzi. Nawet kiedy ja nie mogę, bo nie ma mnie w Warszawie, to Piotr i tak jedzie. Mówi: „No przecież muszę być dla Alla, żeby widział, że jest jego rodzina”. Bo Piotr jest jego rodziną. Pamiętam bardzo wzruszający czas, jak wyjechałam na tydzień realizować wideoklip i chłopcy zostali razem. Kiedy wróciłam, mieli swój rodzaj żartów, których ja nie rozumiałam, swój sposób porozumiewania się w tajemnicy. Mieli „ukartowane” niespodzianki na mój powrót i miałam takie poczucie wspaniałej rodzinności i bliskości. Kiedy Allan wraca od taty, nie odpowiada „dziękuję”, nie mówi „proszę”. Przy Piotrze po kilku dniach zaczyna mówić: „Mama, przyjmijmy, że…”, albo „Ale zakładając, że…”. Jest to dla mnie i śmieszne, i piękne jednocześnie. To przypomina mi, że człowieka można wspaniale kształtować. Bardzo lubię słuchać, jak rozmawiają. Gdybym była sama, to może byłabym nadopiekuńcza i mogłabym dużo rzeczy zepsuć.

Czy kiedy poznałaś Piotra, broniłaś się przed tym uczuciem?

Poznałam go rok i cztery miesiące po tym, jak odeszłam od byłego męża. Nie byłam przygotowana na taką relację, nie szukałam mężczyzny. Uważałam, że nie jestem gotowa, że jestem zbyt wyczerpana tamtym związkiem. I Piotr to uszanował, zrozumiał. Był obok mnie, mimo że w tamtym czasie nie byłam łatwym partnerem. Niczego nie oczekiwał, nie naciskał. Trwał. Wręcz utrudniałam tę relację, zniechęcałam go. Kiedy byliśmy w atmosferze domowej, łapałam się na tym, że przypominają mi się różne sytuacje, które mnie zmęczyły w małżeństwie. I zdarzało mi się nagle zmienić ton i zmienić nastawienie. Przechodziłam rodzaj buntu, za każdym razem, kiedy podskórnie czułam, że sytuacja przypomina tę, która w moim małżeństwie rozwinęła się w złą stronę. Zamykałam się w sobie, nic nie mówiłam. Planowaliśmy, że jedziemy na piknik, a ja potem mówiłam: „Wiesz, ja jednak nie mogę jechać. Idź już. Muszę być sama.” Piotr to przeczekał. Nigdy się nie obrażał, nigdy nie robił mi wyrzutów. Zajęło mi bardzo dużo czasu, żeby wybaczyć sobie. Bo przy całej miłości do mojego syna i wdzięczności dla losu, że go mam, bardzo trudno było mi sobie wybaczyć, że zdecydowałam się budować rodzinę z kimś, kogo nie znałam. Chciałam myśleć, że w wieku 30 lat byłam świadomą kobietą i podejmowałam mądre decyzje. A ja nie podejmowałam w tamtym czasie mądrych decyzji. Ostatecznie wdzięczność dla losu za to, że jestem matką, że doświadczam macierzyństwa, pozwoliła mi przekierować to myślenie.

Wspomniałaś też, że chciałabyś mieć drugie dziecko z Piotrem.

Bardzo. Mamy już wybrane imię. Jednocześnie mamy oczywiście dużo planów zawodowych i intensywny rok przed nami. Dużo planów, dużo ambicji, więc zostawiamy to w rękach losu, ale jedno wiemy: że bardzo chcemy i że będzie to dziewczynka, (śmiech) która będzie miała na imię Sharlie. Sharlie Schramm.

Ślicznie…

Ale jeśli będzie to chłopiec, też będzie Sharlie.

Ile razy Ci się Piotr oświadczał?

Chyba z osiem. (śmiech)

Ale nie widzę, żeby coś błyskało na palcu! (śmiech)

Zbliża się nasza trzecia rocznica, więc… (śmiech) Ale mam już od Piotra różne obrączki: z drucików, z kamyczków, metalowe, muszelkowe – przeróżne, bo w każdym miejscu, gdzie byliśmy, gdzie się oświadczał, zawsze miał coś przygotowane. To są takie pierścionki nie na pokaz.

Tak jak Wasza relacja.

Tak. Będę starała się chronić nasz związek tak długo, jak to będzie możliwe. Zdaję sobie sprawę, że ludzie już wiedzą, że jesteśmy razem. Jeśli jeździ za nami paparazzi, to jeździ, ale nie wystawiamy się, nie chodzimy na bankiety, nie stajemy na ściankach. Wolimy ten czas spędzić razem. Lubimy być razem. Piszemy do siebie listy miłosne, SMS-y. I to też uwielbiam w naszej relacji, że kiedy siedzimy przy kolacji, rozmawiamy, to jednocześnie pod stołem piszemy do siebie SMS-y. Tak jest od początku naszej relacji. Piotr to wymyślił i tak zostało.

To teraz się nie dziwię, że tak pięknie wyglądasz i że zawodowo też tak wiele się u Ciebie dzieje. Miłość daje Ci siłę do pracy. Przed Tobą coś, czego jeszcze nie zrobiłaś w swojej karierze – wydajesz DVD z jubileuszowym koncertem, który nagrałaś dla HBO.

To był piękny wieczór.

Byłam tam i widziałam Twoje ogromne wzruszenie. Do tego stopnia, że głos Ci się łamał.

Było to wyjątkowe przeżycie. Z ludźmi, którzy wiele dla mnie znaczą. Zaprosiłam tam tylko takich.

Kiedy nieco opanowałaś wzruszenie, zaśpiewałaś tak pięknie, jak dawno nie śpiewałaś. Przepraszam, że to powiem, ale miałam wrażenie, że usłyszałam wtedy dawną świetną Edytę, która na kilka lat gdzieś zniknęła. Oczywiście Twoje umiejętności techniczne pozwalały wydobywać ten głos, ale to nie była Edyta.

Ja myślę, że to była jakaś podróbka. (śmiech) To znaczy oczywiście w tamtym czasie starałam się być prawdziwa i dawałam z siebie tyle, ile moje serce wtedy miało. W tamtym czasie byłam artystą bez przekazu, byłam głęboko nieszczęśliwa, co ukrywałam. Przyklejałam grube rzęsy i mocno malowałam oczy, żeby odwrócić uwagę od smutku, który nosiłam.

Już kilka razy zastanawiałam się, czy Ci to powiedzieć, bo nie chciałam Cię obrazić, ale jak mówisz o tym złym czasie… Ciągle pamiętam taką sytuację, dla mnie totalnie wstrząsającą, kiedy zobaczyłam Cię śpiewającą w centrum handlowym… Akompaniował Ci były mąż. To był okropny występ. To miejsce… Pomyślałam sobie: jak artystka takiego formatu może śpiewać w centrum handlowym? Ludzie przechodzą z zakupami, jedzą hamburgera, siorbią colę i w tym wszystkim Edyta. Jak ona się dała wmanewrować w taką sytuację?!

No takiego miałam menedżera… Broadway, światowa kariera, duet z José Carrerasem, a potem centrum handlowe. (śmiech) Wiesz, że ja tego występu nawet nie pamiętam? Pewnie go wyparłam, tak się tego wstydziłam… Chciałam być dobrą żoną, więc się zgodziłam. Nie chciałam dopuścić do tego, żeby mąż, który nie ma pracy, jest przygnębiony, jest „osobą przy żonie, która ma wszystko”, źle się czuł. Więc wymyśliłam dla niego posadę menedżera, a on po prostu zrujnował to, co ja zbudowałam. (śmiech) Najpierw wysuszył mnie jako artystę, potem ściągnął do takiej rangi…

To było dla pieniędzy? On Ci mówił, że musisz zarabiać?

Tak mówił. Kupował kolejne rzeczy za te pieniądze: samochody, antyki, budował studio, remontował dom. Mówił: „Musisz wyjść na scenę, bo ja potrzebuję pieniędzy”, więc wychodziłam na tę scenę. Myślałam, że tak trzeba.

Straszne…

Straszne, ile kobieta jest w stanie poświęcić dla ratowania związku. Wyrzekłam się siebie. Nie wolno.

Ale jak można uwierzyć, że ktoś, kto zmusza Cię do takich rzeczy, kocha Cię?

Dariusz Krupa mnie nie kochał. On kochał moje pieniądze. Pokazał to kilkanaście razy, pokazał to po naszym rozstaniu, pokazał w czasie rozprawy rozwodowej. A po niej robił przyjęcia dla dziennikarzy w naszym ogrodzie. I opowiadał, jakim jest biednym, porzuconym przez żonę człowiekiem. Potem znalazłam dokumenty, które świadczą o tym, że cała nasza relacja była zaplanowana pod kątem finansowym. Wszystko było przemyślane. Tyle tylko, że nie umiał skorzystać z tego majątku, roztrwonił go. Ale zostawmy to, nie ma to już znaczenia.

To może porozmawiajmy o Tobie. Wyglądasz rewelacyjnie mimo „dwóch dwudziestek” – jak mówisz – na karku.

Jestem szczęśliwa i po prostu to widzisz. Popatrz na moje zdjęcia z tego najgorszego momentu mojego życia. Byłam w tamtym czasie szpetna, chociaż długo tego nie widziałam. Pamiętam taki poranek, kiedy spojrzałam w lustro i dosłownie nie poznałam siebie. Odwróciłam wzrok, a potem skarciłam się w myślach: „Popatrz, popatrz na siebie i zobacz, co pozwoliłaś ze sobą zrobić. Popatrz i zapamiętaj”.

I to był ten moment, kiedy powiedziałaś „koniec”?

To była pobudka.

Płakałaś nad sobą?

Już nie. To był następny etap, w którym już nie miałam siły płakać. Nie mogłam uwierzyć w to, co zrobiłam – że oddałam tyle lat mężczyźnie, który tego nie uszanował, który na mnie nie zasługiwał. Na moje oddanie.

A kogo widzisz dziś, kiedy patrzysz w lustro?

Dla mnie ważne i budujące jest to, że wygrałam siebie. Odzyskałam siebie. I to nie jest mówione w euforii, jakby się to stało wczoraj. Zajęło mi to kilka lat i nie były to łatwe lata. Dziś jestem na takim etapie, że w lustrze widzę szczęśliwą kobietę, która szanuje siebie. Odnalazłam się w tym wielkim świecie z człowiekiem, który wyznaje podobne wartości i zasady, z którym mamy podobne pasje, którego kocha i akceptuje mój syn. Bo Allan jest najważniejszy. Nie wiem, czy będziemy z Piotrem razem do końca życia. Nie zarzekam się, tak jak to robiłam wcześniej. Ale prawda jest taka, że Piotr pokazał mi przez te trzy lata, że jeśli chciałabym być matką po raz drugi, to właśnie przy nim. I myślę, że będzie wspaniałym ojcem, jest już na to gotowy. Kiedy się poznaliśmy, jeszcze nie był przygotowany, uczył się tego przy moim dziecku. Patrzę na niego z podziwem, bo rozumiem dopiero dziś, że bycie ze mną było bardzo trudne dla mężczyzn, których poznawałam do tej pory. Dotarło do mnie, że muszę być z mężczyzną o mocnej osobowości, z poczuciem własnej wartości. Tylko przy kimś takim mogę być sobą. Tylko mocna osobowość potrafi ze mną żyć. Taki jest Piotr. Do tej pory nikogo przy moim boku tak nie podziwiałam jak jego. Moja kariera też wreszcie wróciła na normalny tor. Ostatnio nagrałam kolejny międzynarodowy duet, który będzie miał premierę chwilę po premierze jubileuszowego numeru „Gali”, DVD koncertowe, przygotowuję następną płytę. Chciałabym, żeby była pod każdym względem przełomowa i wyjątkowa, bo będzie to moja ósma płyta. A jako że jestem numerologiczną ósemką, chciałabym, żeby ten album zmieścił wszystko, czym dzisiaj jestem. Chciałabym mieć go w ręku już dziś, ale od miesięcy, skrupulatnie i powoli, zbieram repertuar. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku będzie premiera i że to będzie płyta, która „dogoni czas” i przywróci bieg wydarzeń, który przerwałam kiedyś, kiedy zrezygnowałam z siebie.

Rozmawiała: Agnieszka Jastrzębska
Zdjęcia: Łukasz Pukowiec

Gala, nr 8 (500)



Komentarze




One Response to Gala (08/04/2013)

Dodaj komentarz

W górę ↑